Menu

„This Could Be Heartbreak”, czyli jak w muzyce kontynuować dobrą passę

30 sierpnia 2016 - Muzyka

W maju 2016 roku wszystkie portale muzyczne obiegła wiadomość, że już w sierpniu swoją nową płytę wyda zespół The Amity Affliction. To australijskiego pochodzenia muzycy, którzy najlepiej czują się w gatunku o nazwie metalcore. Wiadomość o nowym albumie zelektryzowała fanów, którzy nie mogli doczekać się nowych piosenek swojego ulubionego zespołu. Czy „This Could Be Heartbreak” powtórzy sukces „Let The Ocean Take Me” z 2014 roku?

Odnoszę wrażenie, że „This Could Be Heartbreak” jest płytą nieco lepszą od swojej platynowej poprzedniczki. Choć malkontenci twierdzą, że głowy muzyków wyczerpały się z pomysłów i wciąż odgrzewają stare motywy, to jednak album szybko wpada w ucho. „Let The Ocean Take Me” wydała mi się dość ciężka w odbiorze i do tej pory znam z niej wyłącznie 2-3 piosenki. Inaczej jest w przypadku nowej płyty. Już pierwszy singiel o nazwie „I Bring The Weather With Me” sprawiał, że napięcie związane z oczekiwaniem na pojawienie się nowego albumu wzrastało. Potwierdzał to ujawniony na niedługo przed premierą kolejny singiel, o tym samym tytule co płyta.

Zarówno teledyski jak i okładka płyty utrzymane są w pogrzebowej stylistyce. W tekstach The Amity Affliction wielokrotnie przewija się motyw śmierci, samobójstw i inne, równie ponure aspekty ludzkiego życia. „This Could Be Hearbreak” to bardzo dobra płyta – może nie idealna, ale z pewnością skrywa swoje perełki. Jedną z nich jest ballada (pierwsza w dorobku zespołu!) „All Fucked Up”, gdzie basista i jednocześnie człowiek od czystych wokali, Ahren Stringer, mógł nareszcie w pełni popisać się swoim talentem. Robi to także w innych kawałkach, takich jak „Nightmare”, „Wishbone” czy „O.M.G.I.M.Y”.

Nie zawodzi tu także Joel Birch, który odpowiedzialny jest za tzw. „unclean vocals”. Kiedy rozpoczyna się „Blood In My Mouth”, wielu ludzi dopiero po chwili orientuje się, że na plecach pojawiły im się ciarki. Sytuacja może powtórzyć się przy słuchaniu „Fight My Regret”, gdzie nieczysty wokal Joela wspaniale komponuje się z głosem Stringera. Pozostałe piosenki na tym albumie to: „Tearing Me Apart”, „Some Friends” i „Note To Self”. To brzmienia, do których zdążyli już nas przyzwyczaić muzycy The Amity Affliction. Mocne i jednocześnie przyjemne dzięki wyjątkowym wokalom Ahrena.

Nowy album australijskiego zespołu na pewno nie zawodzi, ale jestem w stanie zrozumieć zawód wieloletnich fanów. Być może oczekiwali czegoś świeżego, a dostali to, co zawsze – choć zdecydowanie jest to porcja świetnej muzyki i celnych tekstów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *